Ciekawe, że wiele spośród tych infantylnych zachowań jest
charakterystycznych dla naszej, euro-amerykańskiej kultury. W
niektórych plemionach afrykańskich czy pośród mieszkańców Oceanii
nie da się zauważyć tak charakterystycznych zachowań, skierowanych
do niemowląt i dzieci. Ale nawet w tych kulturach matki kołyszą
swoje pociechy – choćby nosząc je w założonych na plecach
chustach.Nasza kultura jest pod tym względem charakterystyczna –
nie mamy społecznych rytuałów przejścia, podczas których dziecko
przemieniałoby się w dorosłego. Przeciwnie – od pierwszych dni
życia maluszka staramy się włączyć go w struktury społeczne. Jak?
Wychodząc mu naprzeciw – właśnie poprzez strojenie min, wspólną
zabawę, wygłupianie się. Co konkretnie zyskuje dziecko dzięki tym
harcom?
Śmieszna, dziecięca „mowa”
To naturalne, że mówiąc do niemowlęcia, podwyższamy głos. Naukowcy
dowiedli, że maluszki łatwiej rozpoznają dźwięki i przede wszystkim
chętniej ich słuchają, gdy tembr głosu dorosłego jest wysoki.
Najmilszy dla uszu noworodka jest głos, który zarówno swą
wysokością, jak i melodią, przypomina głos mamy – przecież dziecko
przywykło do niego jeszcze zanim przyszło na świat. Czuje się więc
bezpieczne, gdy go słyszy. Gruchanie, cmokanie i robienie przy tym
przekomicznym min jest jednym z elementów, wspomagających, a raczej
poprzedzających naukę mówienia! Dzięki temu, że szkrab obserwuje
mimikę twarzy dorosłych, sam zaczyna coraz lepiej kontrolować
mięśnie twarzy. W ten sposób odkrywa też, że służy ona do
okazywania emocji i uczuć. A im bardziej plastyczna będzie twarz
rodzica w kontakcie z maluszkiem, tym lepiej rozwinie się jego
emocjonalność i… poczucie humoru!
Dziecko pozna i przyswoi całą gamę min, którymi w przyszłości
będzie mógł operować, ale też nauczy się rozpoznawać te miny u
innych ludzi, a dzięki temu łatwiej zrozumie ich zamiary i
nastroje. Tak rozwinięty zmysł empatii niejednokrotnie mu się
przyda w życiu osobistym i w pracy. I pomyśleć, że kształtuje się
go właśnie poprzez parskanie, mlaskanie i strojenie min!
Samolocik i inne wariactwa
Zaczynamy spokojnie, od kołysania maleństwa w ramionach gdy jest
niespokojne. Jednak wraz z upływem czasu nasze harce z malcem
przybierają coraz ciekawsze formy. Robienie maluszkowi samolociku,
czyli kołowanie z nim w kółko, zbliżanie i oddalanie malucha np. do
babci czy taty to tylko przedsmak szaleństw. Potem jest podrzucanie
maluszka go góry, wspólne turlanie się po dywanie, a po kilku
latach dochodzimy do robienie fikołków i wariacji na huśtawkach.
Czemu to wszystko ma służyć? Przede wszystkim – wyćwiczeniu u
szkraba zmysłu równowagi. Równolegle do tej umiejętności smyk
rozwija wówczas poszczególne partie mięśni. I jeszcze jeden ogromny
plus tych zabaw: aby mózg mógł panować nad ciałem w tych wszystkich
zmiennych warunkach (np. podczas turlania się, ale także wtedy, gdy
mama czule kołysze kilkutygodniową kruszynkę w ramionach) musi
stale ciało kontrolować. Na początku to niełatwe zadanie, dlatego w
mózgu powstaje mnóstwo nowych połączeń nerwowych, dzięki którym
kontrola nad ciałem na być lepsza. A im więcej połączeń nerwowych,
tym umysł sprawniej pracuje. Ich rozwój we wczesnym dzieciństwie
warunkuje na całe życie. Dzięki nim maluszek szybciej zacznie
rozumieć mowę rodziców i sam łatwiej ją opanuje! Ich powstawanie ma
też ogromne znaczenie dla kształtowania się inteligencji dziecka.
Oczywiście nie przesadzaj z tymi wygłupami – co za dużo, to nie
zdrowo. Ale nie ograniczaj malca na każdym kroku, gdy chce wesoło
pobrykać na placu zabaw. Lepiej ty też przyłącz się do zabawy.
Obydwoje odczujecie jej wymierne korzyści: szkrab będzie
przeszczęśliwy, że bawisz się z nim, a ty zapomnisz o stresach i
poczujesz beztrosko jak dziecko.
Autor: Redakcja Dziecko24.pl











